Gonder

Gonder było stolicą Cesarstwa Etiopii. Swoją świetność zawdzięcza cesarzowi Fasiledesowi panującemu w XVII wieku. Chcieliśmy zobaczyć w środku Afryki miasto kultury i nauki. I udało się. Przyjechaliśmy do Gonder terenowa Toyotą z Bahyr Dar. Prowadził Efran, który przez całą drogę słuchał etiopskiej muzyki. Miał bardzo łagodną twarz. Mało mówił, wydawało się nam na początku, że słabo zna angielski. Jednak angielski znał dobrze, po prostu nie chciał się nam narzucać ze swoimi opowieściami. Na trasie z Bahyr Dar do Gonder minęliśmy wiele miejscowości. Większość drogi przemierzaliśmy wzdłuż jeziora Tana. Nasza trasa wynosiła 174 km. Minęliśmy miasteczko Wereta, gdzie okna i drzwi domów zbudowane są z dykty. Na tej drodze nie ma parkingów ani publicznych toalet. Wszyscy korzystają z uroków natury, co w Afryce po prostu nazywa się bushtoilet. Kierowcy wybierają miejsca z widokiem na piękne krajobrazy. Gdy się zatrzymaliśmy, Efran powiedział, że tam w oddali jest kotlina Danakilska.

Potem mijaliśmy rolnicze regiony, w tym regionie rośnie soczysta papaya. Nie uprawia się tutaj ani bananów, ani mango, ani avocado, które można zakosztować w środkowej i południowej Afryce. Mieszkańcy tych regionów uprawiają i zbierają także czat (khat/dżat/catha edulis (legalny narkotyk).  Roślina ta podobna jest do liści laurowych. Widziałam pola zielonych roślin i pochylone kobiety, które w długie spódnice zwijały liście czat. na drogę wychodziły zwierzęta, najczęściej były to krowy i kozy.

Po trzech godzinach dojechaliśmy do Gonder. Spędziliśmy tam dwa dni (26 i 27 stycznia 2020 roku). Widzieliśmy ślub w kościele Świętej Trójcy, wesele w naszym hotelu, Państwo Młodych pozujących w plenerze wokół murów pałacu Fasiledesa. Przez cały pobyt w Gonder słyszeliśmy głośne śpiewy dochodzące z kościoła.  Po kilku godzinach śpiewy zaczęły mnie irytować. Okazało się, że w pobliżu naszego hotelu był ortodoksyjny kościół etiopski. Nie wiedziałam, że były w tym czasie przygotowania do święta Saint Giorgis Church, które rozpoczynało się 27 stycznia. Nasz przewodnik o imieniu Abi miał bardzo wąską twarz i był drobnej postury, studiował w Hiszpanii i kochał bardzo swoje miasto Gonder. Jak tylko się z nim spotkaliśmy,  powiedział nam o zbliżającym się święcie i pokazał miasto. Najpierw przyjechaliśmy pod bramy pałacu Fasiledesa, który przypomina średniowieczne europejskie zamki. Mury i wnętrza pałacu Fasil Ghebbi wpisane są na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Pałac robi wrażenie swoimi dobrze zachowanymi murami i powierzchnią, jaką zajmuje. Na terenie obiektu znajdowała się biblioteka, kościół i wielka sala konferencyjna, w której przechadzano się i dyskutowano o najważniejszych sprawach państwa w XVII i XVIII wieku. Cesarz Fasi posiadał konie, jak również boxy dla gości z końmi, hodował również lwy. W czasie swojego panowania w latach 1632-1667 zbudował także w innej części Gonder basen o wymiarach 58 x 38 metrów. Na środku basenu stoi piękna willa, która była mieszkaniem dla cesarskiej rodziny. Do willi można się było tylko dostać poprzez most. Spóźniliśmy się o kilkanaście dni. Wówczas tam odbywały się jazzowe koncerty gromadzące ludzi z całej Etiopii. Raz w roku basen jest wypełniany wodą do 2-3 metrów i korzystają z niego mieszkańcy miasta. Wokół basenu są drzewa, a ich korzenie oplatają mur, na którym się siedzi/stoi, gdy odbywa się raz w roku w styczniu jazzowy koncert. Abi pokazywał nam te skalne stopnie, korzenie, drzewa. Z sentymentem patrzył i opowiadał, jak w czasach liceum po szkole, a nieraz zamiast szkoły przychodzili ze znajomymi , by być razem ze sobą. Później pojechaliśmy do kościoła Świętej Trójcy. Tam odbywał się ślub, w którym częściowo uczestniczyliśmy. Podarowaliśmy młodej parze prezent. Kościół Świętej Trójcy jest malutki, a mieści w sobie długą historię wymalowaną na ścianach. Z sufitu bacznie obserwowały nas czarne aniołki z wielkimi oczami.Wieczorem wybraliśmy się na spacer,wszyscy  zapewniali  nas,  że Gonder  jest bezpiecznym miastem. Zatrzymaliśmy się przy straganach ze skórzanymi  wyrobami, zeszliśmy w dół miasta.Miałam nadzieję kupić etiopską biblię w języku amharskim.  Zatrzymaliśmy się  przy stoisku z książkami. Były tam różne książki. Szukałam biblii i przewodnika po Gonder w języku angielskim. Zapytaliśmy o nie. Spotkaliśmy się z dużym zainteresowaniem do tego stopnia, że jeden z obsługujących zaproponował nam, że nas zaprowadzi do księgarni, w której na pewno będą te książki. Zgodziłam się, ale jeszcze przed odejściem, schyliłam się po książkę zatytułowaną Sapiens  Y. N. Harari.  Byłam przekonana, że ten młody człowiek, który zaproponował nam pomoc w odnalezieniu księgarni działa bezinteresownie. Szłam  za nim i ciągnęłam za sobą Tomka, który nie był tak entuzjastyczny jak ja.  W pewnym momencie nasz przewodnik skręcił w bramę  pomiędzy  starymi  kamienicami.  Weszłam za nim w ciemno. Tomek  starał się mnie przekonać, że powinniśmy zawrócić. Mi się podobało. Rejestrowałam wszystkich mijanych ludzi, restauracje, fryzjerów.  W końcu doszliśmy do księgarni i okazało się, że jest zamknięta. Chłopak  wskazał nam kolejne miejsce, gdzie na pewno kupimy przewodnik po Gonder.  Tomek  pokazywał mi, że  dalej już nie idzie i zapytał się mnie, czy wiem, gdzie jest nasz hotel.  W tym czasie nasz przewodnik po księgarniach  spotkał  kolegę,który opowiedział nam o swoich pragnieniach. Mówił o tym, jak bardzo, by chciał mieć słownik do nauki języka angielskiego wydawnictwa z Oxford.  Słuchaliśmy  i szliśmy w kierunku,  do którego nas młodzi panowie-studenci prowadzili.  Księgarnia  – kiosk  był otwarty. Przewodnik po Gonder  w wydaniu broszury  kosztował  20  dolarów.  Był zniszczony i nie wart swojej ceny. Nie chciałam go. W tym momencie nasz nowy student wyciągnął  z półki  słownik  angielski wydawnictwa z Oxford. Ten słownik również kosztował  20 dolarów.  Tomek  położył na stół 20 dolarów  i odeszliśmy.  Nasi  przewodnicy  zostali.  Zrobiło się już ciemno, sami musieliśmy wracać przez ciemne bramy i puste uliczki. Na szczęście zapamiętałam drogę. Dotarliśmy do miejsca, gdzie stały małe sklepiki ze skórzanymi wyrobami. Pokręciliśmy się pomiędzy drewnianymi budkami , w których sprzedawczynie zachwalały swój towar.  Zatrzymałam się i wybrałam torbę z dobrze wygarbowanej skóry. Kobieta przyjęła pieniądze i przeliczyła je śliniąc palce. Drugi dzień w Gonder przedstawiam w artykule o górach Semien.     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.