Gwadelupa – raj u Bruno w Deschaies

Francusko-Holenderska wyspa przypomina kształtem motyla, a lotnisko w Pointe-à-Pitre papugę.

Zapadłam się w miękkim turkusowym fotelu, obok mnie podróżni wylegiwali się na zaokrąglonych czerwonych, fioletowych, pomarańczowych oparciach. Wpatrywałam się w samoloty podjeżdżające pod olbrzymie okna od podłogi do sufitu. Przy futrynach stały wysokie, zielone słupy przypominające palmy. Nie odróżniałam jeszcze wtedy, czy to są palmy kokosowe czy daktylowe, czy palmy uprawiane dla oleju palmowego. Było rajsko.

Nastał już rok 2016. Deschaies Re’sidence ARCHIPEL prowadził Bruno. Cieszył się nowymi gośćmi, roślinami, we wtorki i czwartki serwował pizzę frutti di mare. Pewnego dnia pokazał mi ogród.


Już od tygodnia mieszkała, gotowałam, pływałam w basenie, obserwowałam kolibry, które próbowałam uchwycić w kadrze, ale nie widziałam jeszcze dobrze ogrodu Bruno, dopóki sam mi go nie pokazał. Miał najpiękniejsze carambole (oskomian pospolity), które rosną w naturalnym malezyjskim klimacie, w Afryce, uprawia się je na Florydzie i Hawajach. Pokazał mi guawę, której smak poznałam w Namibii i w trudnych chwilach stawiała mnie na nogi. W jego ogrodzie rosły palmy kokosowe, melony, papaje i marakuje. Ogród nie był duży, ale miał takie kwiaty, które wabiły, ściągały zapachem kolibry z okolic. Było ich wiele, w pewnym momencie złapałam się na swojej uogólniającej i nieprawdziwej myśli:

Kolibrów na Karaibach jest tyle, co u nas wróbli.

Tylko u Bruno było tak dużo kolibrów, w ogrodzie botanicznym zobaczyłam jednego i już w żadnym innym miejscu nie widziałam ich na Gwadelupie.

Plaża Fort Royal oddalona była 150 metrów od apartamentów Bruno. Spędziliśmy dwie noce w Hotelu Fort Royal, dlatego tylko dwie? Bo musieliśmy na śniadania wkładać identyfikujące paseczki na nadgarstek. Każde przywiązanie wywołuje we mnie odruch ucieczki. Poszukiwanie nowego miejsca zaczęliśmy od biura informacji w Deschaies. Wskazali nam apartamenty u Bruno. Okazało się, że szukaliśmy daleko, a mieliśmy bardzo blisko.

Temperatura powietrza i wody na Karaibach jest niezmienna 28 stopni. Plaża Fort Royal znajduje się na zachód od recepcji hotelu. Jest polecana jako bezpieczna. Nam podobała się bardziej wschodnia plaża – Grande Anse. Nie było tam ludzi. Plaża była długą tasiemką, ozdobioną palmami, piach sięgał aż do wystających klifów. Piasek na Gwadelupie jest bursztynowo-złoty, ciemniejszy niż na plażach Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Złociste kraby ścigały się w piaszczystych tunelach, podziemnych labiryntach, czasami z zaciekawienia przebiegały po ręczniku lub z nieuwagą wpadały na stronice książki. Pewnego dnia leżąc na piasku fotografowałam kokosy, przyszedł do nas chłopak i zaproponował:

– sex on the beach ?

Poczuliśmy się zażenowani tą propozycją. Po powrocie do domu, doczytałam w Internecie, że jest to plaża dla nudystów.

Kuchnia kreolska

Na rynku w miasteczku Deschaies można kupić świeże ryby, warzywa, owoce. W pobliżu kościoła za SPARem sprzedawane były owoce morza i ryby. Były tam dwie ściany obłożone ceramicznymi płytkami z kwiatowymi ornamentami. Do jednej ściany stała przysunięta lodówka. Jako lada wysunięty stół, na którym sprzedawca patroszył ryby, kładł na wagę i zawijał w szary papier. Za ponad kilogram dorady płaciliśmy 16Euro. Z dnia na dzień sprzedawca obiecywał świeże langustynki. Zaczęło się od tego, że miały być najpierw o 9.00 we wtorek, gdy byliśmy o 9.00 dowiedzieliśmy się, że będą o 11.00, potem o 2.00, następnie zapewniał, że już na pewno kupimy je za dwa dni, a po dwóch dniach, że na pewno jutro. W zamian proponował bonito bądź doradę. Wyjątkową rybę, którą miewał była mahi – mahi zwana u nas koryfeną.

U Bruno gotowanie miało dodatkowy smak. Domek, który mieliśmy do dyspozycji miał sypialnie na górze a pokój dzienny z kuchnią na parterze. Z kuchni wychodziło się do ogrodu.  Zapachy smażenia ryb, świeżej kolendry, curry roztaczały się po całym ogrodzie. W pobliżu, w podobnych domkach mieszkali Francuzi, z którymi się dzieliliśmy smakami naszej kuchni. Na pierwszą, naszą wspólną kolację zostaliśmy zaproszeni do nich. Przygotowałam doradę w curry z ananasami, otoczyłam ją listkami kolendry i posypałam zielonym pieprzem. Smakowała wszystkim, podczas posiłku rozmawialiśmy o kreolskiej kuchni. Dyskusja toczyła się wokół wina. Poczuwali się do wyjaśnienia nam, kiedy najlepiej pić białe wino, a kiedy najlepiej pić różowe, na czerwone krzywo patrzyli. Co do czerwonego wina wszyscy Francuzi byli zgodni, było nieodpowiednie w tym klimacie. Jednak, gdy gospodarze podali foie gras i do tego białe, wytrawne wino. Zaczęły się miedzy nimi poważne rozmowy. Jednym to wino pasowało do foie gras, dla innych lepsze było półwytrawne. Dla nas jedzenie w dobrym towarzystwie, w otoczeniu przyrody i w blasku księżyca było niezwykłą przyjemnością.

W kuchni kreolskiej królują owoce: limonki, pomarańcze dodawane do rumu, ananasy w każdej postaci: słodkie, soczyste; melony z dziurką, do której wlewa się rum, sosy łączące smażoną cebule  z bananami, krewetki z ziarnami dyni w sosie dyniowym posypane listkami kolendry, malutkie krewetki w miodzie i imbirze, filet z ryby w sosie z marchwi, pomidorów i liczi, drób w mleku kokosowym, dżemy z guawy i ananasów.

Warkoczyki

W pobliżu rezydencji Bruno był sklep z torebkami, torbami, notesami z drzewa kokosowego, obrazy miejscowych artystów. Ściany zdobiły jaszczurki wykonane z drutu, a na parapetach leżały jaszczurki, żółwie z porcelany. W sklepie tym dostałam namiary na fryzjerkę, która zaplotła mi 115 warkoczyków. Przyszła po mnie o 9.30 i poszłyśmy do jej domu. Mieszkała na pierwszym pietrze w bloku jednopiętrowym. Gdy wchodziłyśmy po schodach czuć było świeżo uprane ciuchy, spojrzałam do góry, na sznurkach wisiały dziecięce ubranka. Fryzjerka o imieniu Elza posadziła mnie na krześle na balkoniku w pobliżu pokoju, który był zarówno przedpokojem, jak i pokojem dziennym i jadalnią. Jeden warkoczyk średniej długości robiła w 2 minuty. Po dwóch warkoczykach robiła przerwę: otworzyła drzwi do pokoju, patrzyła na komórkę, spięła moje włosy z jednej strony. Po 20 warkoczykach zrobiła dłuższą przerwę. Patrzyłam przez okno na morze, palmy i pisałam, by jej nie przeszkadzać. O 11.00 wrócił jej mąż. Zapytałam:

-Jak długo będziesz mi plotła warkoczyki ?

Nie wiedziała, ile to może potrwać. Chociaż się tym zajmowała na co dzień, nie była w stanie mi odpowiedzieć. Czas na Karaibach płynie wolniej, po swojemu. Zrobiła kilka warkoczyków i zadzwonił telefon. Odebrała i gadała długo, nie śpieszyła się, ale mówiła szybko i podniesionym głosem, jakby ktoś po drugiej stronie denerwował ją. Była bezsilna po tej rozmowie. Wzięła się za moje włosy, ale własnie wtedy wrócił synek z tornistrem. Elza powiedziała do niego:

-Przywitaj się z nią.

Chłopiec nadstawił mi najpierw jeden policzek a potem drugi. Zjadł i poszedł do kolegi. Miałam naciągniętą skórę głowy, ale gdy patrzyłam na dzieciaki biegające po schodach, śmiejące się  i wrzeszczące, było swojsko, jak za dawnych, dobrych czasów, gdy sama byłam takim beztroską dziewczynką. Elza skończyła o 15 ej, miałam 115 cieniutkich warkoczyków bez splotów na końcach, bo było już późno. Nie powiedziała, nie mam już czasu, tylko, że jest już późno. Zrozumiałam.

Na Gwadelupie nie można przegapić:

  1. Widoków zachodzącego słońca nad zachodnim wybrzeżem Morza Karaibskiego.
  2. Plantacji bananów w Grand Cafe.
  3. Smakowania ziaren kakaowca i picia likieru czekoladowego.
  4. Słuchania ptaków i fal morskich, wąchania kwiatów.
  5. Spacerowania po lesie równikowym.
  6. Głaskania LU LU kota Bruno.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.