Home / Afryka / Kapsztad

Kapsztad

Po kilkunastu godzinach lotu z Air France i przesiadką w Johannesburgu wylądowaliśmy w mieście szerokiego uśmiechu. Jadąc taksówką z lotniska do hotelu poznawałam to, czego wcześniej nie znałam i nie spodziewałam się tu zobaczyć.

Do Kapsztadu wjeżdżam piękną dwupasmówką, otoczony setkami nowoczesnych samochodów. Miasto wydaje się bogate, ma własny charakterystyczny klimat odmienny od reszty Afryki. Bardziej przypomina miasta gdzieś nad Morzem Śródziemnym, z akcentami brytyjskimi[1].

Tak opisywał swój przyjazd Fiatem 126p Arkady Paweł Fiedler, gdy wjeżdżał do ostatniego w swojej podróży maluchem miasta Afryki 11 grudnia 2014 roku.

Hotel Ritz

Dojechaliśmy przed dwudziesto-jedno piętrowy budynek The Ritz Cape Town Hotel przy Corner Main & Camberwell Roads Sea Point, w dzielnicy Three Anchor Bay. Pierwszego dnia, a był to 1 stycznia 2011 roku wybraliśmy się na pobliską plażę Oceanu Atlantyckiego. Chcieliśmy pochodzić po skałach wystających zza oceanu. Szliśmy uważnie stawiając stopy na mokrych głazach, które z oddali wyglądały jak rodzina hipopotamów. Rozpędzone fale przykrywały mi kolana i rozchlapywały się na udach. Jakaś młoda dziewczyna szła do oceanu zamaszyście, i nie zwracała uwagę na fale, ani śliskie kamienie. Miała kręcone włosy, jej głowa wyglądała, jak czarne słońce nadchodzące z plaży. Na sobie miała tylko obcisłą, bawełnianą sukienkę ledwo zakrywającą pupę a w ręku huśtała małą torebkę. Zatrzymaliśmy się i patrzyliśmy na nią, szła pewnie i szybko. Gdy dobiegła do końca skały, podniosła sukieneczkę i położyła się na skale i po chwili fala zatopiła ją. Byłam przerażona. Leżała na tej skale jeszcze chwilę. Potem wstała i tak szybko, jak przyszła, tak poszła. Na skałach tych często siadali mieszkańcy i obserwowali ocean.

Tego dnia przespacerowaliśmy się kilka kilometrów wzdłuż oceanu częściowo plażą i częściowo chodnikiem. Po chodniku nad plażą biegają, młodzi, starzy, biali, czarni. W cieniu drzew na trawnikach siedzą na kolorowych ręcznikach całe rodziny siedem, dziesięć osób, kobiety rozmawiają ze sobą, dzieci skaczą, stają na głowie, rękach, grają w piłkę, mężczyźni śpią. Młodzi mieszkańcy ćwiczą układ i tańczą na chodniku. Przeszliśmy już jakieś 20 minut od hotelu, jesteśmy w pobliżu góra Lion’s Head. Góry, która jest ozdobą tego miasta, a i miejscem do wystartowania do lotu ze spadochronem nad miastem. Wokół są zielone drzewa, równo skoszona trawa, na której również przesiadywały rodzinki. Dzieci rozpędzały się na tej trawie i robiły gwiazdy, salta, stawały na głowie, chodziły na rękach. W styczniu, gdy dotarliśmy do Kapsztadu właśnie rozpoczynały się wakacje. Policja na koniach majestatycznie przechadzała się wzdłuż plaży. Zatrzymaliśmy się, by podziwiać wysokie, rozbryzgujące się fale. Głośno komentowaliśmy nasze wzruszenie. Podszedł do nas opalony chłopak około 20 lat z deską i pianką w ręku.

Polisch? Moja babcia była Polką, urodziła się w Łodzi.

Tomek pochodzi z Łodzi, ja tam studiowałam, już od pierwszego dnia czuliśmy się swojsko w tym mieście szerokiego uśmiechu. Dlaczego ? Bo wszyscy ludzie się tam uśmiechali, mieli na sobie intensywne kolory ubrań i wesołe twarze. Gdy wsiedliśmy do hotelowej windy, na pierwszym piętrze wsiadł do nas uśmiechnięty wysoki mężczyzna, o czarnym kolorze skóry.

Tomek nie wytrzymał i powiedział.

To piękne miasto, jesteśmy zachwyceni.

Mężczyzna jadący z nami windą odpowiedział z uśmiechem na twarzy.

Nie wiedziałeś, że Cape Town to najpiękniejsze miasto świata ?

Wieczorem poszliśmy na kolację do restauracji Top of The Ritz. Na recepcji bardzo nas zachęcano do tej restauracji, chwalono świeże owoce morza i wykwintne wina z pobliskich winnic z Groot Constatntia i Stellenbosh praz panoramiczny widok na Kapsztad. Wjechaliśmy na samą górę. Pani z obsługi wskazała nam stolik w pobliżu klimatyzatorów, skrzywiliśmy się i zaczęliśmy tłumaczyć, by nam zmieniła. Jesteśmy tutaj pierwszy raz, przyszliśmy zjeść noworoczną kolację przy zachodzie słońca i chcieliśmy patrzeć na miasto, na ocean, nie na klimatyzatory. Uśmiechnęła się i uspokoiła nas, zachęcając byśmy usiedli w tym miejscu, bo za chwilę, nie będzie to miało znaczenia. Miała rację. Restauracja kręciła się powoli, stopniowo i przez całą kolację patrzyliśmy na to wspaniałe miasto z różnych punktów widzenia.

Ludzie w Kapsztadzie

Od tej pory patrzyliśmy na to miasto, jak na najpiękniejsze miasto świata. Następnego dnia miałam wiele powodów, by poczuć ten wyjątkowy charakter. Na plaży zbierałam muszelki. Starsza kobieta podeszła do mnie i wręczyła mi białą, dużą, płaską muszlę, po chwili przyniosła mi pomarańczową małą, za każdym razem chciała tylko, bym odwdzięczyła się jej uśmiechem. Tutaj wszyscy się uśmiechają w sklepie, na ulicy, w banku. Postanowiliśmy założyć sobie konto. Tomek w trakcie transakcji wyszedł do pobliskiej kwiaciarni, wręczył mi kilka róż, jedną róże dał naszej sympatycznej i pulchnej księgowej. Tak się ucieszyła, że wyszła zza okienka i wycałowała Tomka z radości. Dała nam jeszcze dwie złote monety z Nelsonem Mandelą. W tym oddziale była jeszcze jedna drobniutka i cichutko kobietka. Siedziała schowana w kąciku i liczyła. Ale jak później się okazało obserwowała nasze wariacje. Też dostała kwiatka. Włożyła sobie go za ucho i śmiała się. Jej perlisty głos i różowy kwiat wystający z za ucha były wyraźniejsze, niż ona sama.

Do Camps Bay szliśmy plażą po pisaku zmieszanym z niebieskimi i fioletowymi muszlami naprzeciwko nas biegnie chłopak o czarnym kolorze skóry i zanim go zobaczyliśmy, to usłyszeliśmy I need you i love you i need you i love you i need you, i love you i need you, i love you i need you. Krzyczał bardzo melodyjnie. Cape Town to mieszanka, symbioza między czarnymi i białymi, tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. W ocean blue przy Promenade, 85 Victoria Road na Camps Bay zjedliśmy za wspaniałą kolację ze świeżych ryb. Siedzieliśmy przy stoliku ogródkowym, było to wyjątkowe miejsce do fotografowania otaczającego ruchu ludzi, samochodów, zwierząt. Moje zdjęcia wyszły bardzo dynamiczne, podkraszał je kolor i uśmiech przechodniów.

Waterfront

Jednym z obowiązkowych punktów do zobaczenia w Kapsztadzie jest Waterfront, tam trafiliśmy na koncert jazzowy i świetną kolację z owoców morza. 

Blue and red line

W Kapsztadzie jeździliśmy po mieście autobusami, tak zwaną niebieską i czerwoną linią autobusów. Dzięki czemu zwiedziliśmy ogród botaniczny, ogród ptaków, plaże usytuowane po drugiej stronie miasta, przejechaliśmy centrum miasta, i dojechaliśmy do Table Mountain. Na szczycie góry staliśmy przed tablicami informacyjnymi, za nimi rozlewały się oceany. Jeden jest zimny drugi jest ciepły. Atlantycki jest grafitowy, a Indyjski turkusowy. Oba bronią swoich granic, są tak blisko siebie, bok w bok sąsiadują, żaden z nich nie traci koloru, ani temperatury właściwej i niepowtarzalnej. Góra stołowa jest rozległa i z różnych punktów przygotowana na obserwacje tych dwóch niepowtarzalnych Oceanów. Słońce oślepia widok, zdjęcia nie wychodzą, tak jakbym chciała. Nie oddają rzeczywistości. Na górę wjechaliśmy kolejką, ale zeszliśmy obcując z przyrodą.

Wokół góry jest park narodowy. Można tu dostrzec: liparia splendens (Mountain dahlia), Mimetos fimbrifolius  (Tree Mimetos), Protea coronata (Green sugarbusch), Protea cynaroides (King Protea), Protea Repens (Sugarbush). Protee to gatunek wykazujący ogromne zróżnicowanie barw i kształtów. Protea królewska to jeden z elementów godła RPA. W 1976 roku nadano jej godność kwiatowego symbolu Republiki Południowej afryki. W Kapsztadzie wypożyczyliśmy w Avisie samochód i zwiedziliśmy Przylądek Dobrej Nadziei, Przylądek Igielny, Hermanus, Swellendam, Plettenberg Bay, Addo Elephant Park, De Oude Kraal i Johanesburg. Z Kapsztadu pojechaliśmy na południe do Przylądka Dobrej Nadziei.

[1] Arkady Paweł Fiedler, Maluchem przez Afrykę, s. 378

Twój komentarz

  1. Urzekło mnie „ czarne słońce wychodzące z plaży” 🌞🌚 Dorotko opisujesz metropolię tętniącą życiem i zadowoloną. Zachęcające i egzotyczne. A czy występują jakieś przejawy segregacji? Czy jednak udało się Mandeli wszystko?

Pozostaw odpowiedź

Your email address will not be published.