LA PAZ, Boliwia

LA PAZ – CZARODZIEJSKIE MIEJSCE

Położone jest w Środkowych Andach na wysokości pomiędzy 3200 a 4100 m. n.p.m.  Miasto jest pełne kontrastów. Są nowoczesne dzielnice, jak Miraflores, jest kolonialna Bazylika świętego Franciszka z XVIII wieku, której barokowe wnętrza przyciągają turystów a mieszkańcy przychodzą się pomodlić. W La Paz są też miejsca, gdzie sprzedaje się magiczne zioła i zaklęcia.

Kim są mieszkańcy La PAZ ?

Handlarzami wszystkiego co żywe i martwe ?. Sprzedają wszystko, co ma duszę i może wywołać z zaświatów duchy: wysuszone zioła, lekarstwa na wagę, kwiaty i świeżo wyciskane soki z pomarańczy. Wszystko można kupić na ulicy. Obok świeżych soków handlują wysuszonymi skórami alpak. To jest codzienny widok na El Mercado de las Brujas.  Różnorodność miasta sięga do przedmieść El Alto, tam już mieszkają biedni i, jak powiadają tubylcy – często niebezpieczni ludzie.

Z biednej, farmerskiej rodziny pochodził Evo Moralez, prezydent Boliwii. Przemawia w języku ajmara, uczestniczy w tradycyjnych ceremoniach, ubiera się w swetry z wełny alpaki i jest pierwszym indiańskim prezydentem. Jego prosty sposób przekazu i ratowanie naturalnych bogactw Boliwii jest cenione wśród mieszkańców. Propaguje uprawę koki, której parzone liście smakują, jak zielona herbata, ale mają moc. Niektórzy wierzą, że mieszkańcy dzięki żuciu lub piciu koki lepiej radzą sobie z oddychaniem i życiem w Andach.

Mi nic nie pomagało. Z Miraflores do Bazyliki szłam jakbym była zdjęta z krzyża. Kilka dni leczyłam się na dolegliwości żołądkowe spowodowane zmianą klimatu i inną flora bakteryjną. Droga, na która namówił mnie Tomek była bardzo ruchliwa. Jeżdżą tam samochody, busiki, które zatrzymują się co kilkanaście metrów i biorą wszystkich, którzy już nie mogą dojść pod górę lub śpieszą się gdzieś. Ci co się śpieszą, mają garnitur, białe kołnierzyki. Wsiadają, wysiadają i biegną dalej.  Szłam wolno, nic nie mówiłam, a rękawem sukienki zasłaniałam usta. Czułam otaczające zapachy mocniej, niż w każdym innym miejscu na ziemi. Spaliny wydobywające się z autokarów przez rurę skierowaną ku górze, dymiły, jak parowóz i zabierały całe świeże powietrze. Dusiłam się od zapachu grubych, falbaniastych, wełnianych spódnic, długich warkoczy ukrytych pod melonikiem. Zapach ten mieszał mi się z rozgrzanymi sokami owocowymi, które na bieżąco wyciskały na ulicy siedzące pod daszkiem kobiety. Zimny wiatr andyjski lekko chłodził po południowych spacerowiczów. A garnitury pokryte perfumami ocierały się o zioła wystawione w kramach. Pod Bazyliką świętego Franciszka zatrzymali się skandynawscy turyści odznaczający się jasną skórą na tle twarzy ostro zapieczonych od słońca Indian rzucili się nam w oczy.

Byli też inni, stali, siedzieli, czekali jedni na drugich, po to by zatrzymać się na placu, jedni świadomi bardzie tego po co tu są, drudzy wcale nie wiedzieli i patrzyli odrętwiałym wzrokiem. Może byli, bo ktoś im powiedział, żeby tu byli, stali. A może taka mieli pracę, stali i obserwowali. Kobieta z lodami w dłoni głośno zachęcała do kupna. Na metalowych taczkach leżało liczi na sprzedaż. Cena była naklejona na tekturę wbitą pomiędzy owoce.

Weszliśmy do bazyliki, przewodniczka poprowadziła nas po bibliotece, stanęłam przed olbrzymią biblią po łacinie i poczułam się swojsko. W ogrodzie bazyliki zrobiłam zdjęcia quinoa. W Peru i Boliwii często quinoa jest podawana jako dodatek do pysznych dań.

Czułam się coraz lepiej. Następnego dnia odbyliśmy tą samą drogę z Miraflores do bazylki świętego Franciszka. Tym razem inne moje zmysły były bardziej pobudzone. Więcej słyszałam, niż zazwyczaj. Chociaż, jak to się mówi z natury mam gumowe ucho. Podniosłam wzrok z niedowierzaniem i powiedziałam do Tomka:

Słyszałam polski.

Gdzie ? Kto ?

Ci przed nami chyba mówili po polsku.

Tomek nie ma zwyczaju podsłuchiwać, więc zrobił kilka kroków do przodu i powiedział:

Dzień dobry

I tak się zaczęło. Byli to bardzo mili ludzie – Polacy. Ten w brązowej sułtanie to przełożony Franciszkanów a ten, którego twarz ciągle się uśmiechała to jego przyjaciel. Usiedliśmy razem w knajpce w pobliżu bazyliki. To była wspaniała rozmowa o Polakach i Boliwijczykach.

Wypiliśmy mojito boliviano. Mojito podawane jest z dodatkiem koki zamiast mięty. Wróciłam do zdrowia i wzrok mi się wyostrzył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.