Namibijskie wydmy

Pustynia Namib uznawana jest za najstarszą pustynię na świecie. Ocenia się, że ma około 80 milionów lat. Wchodzi w skład Narodowego Parku Namib-Naukluft. Rozciąga się wzdłuż zachodniego wybrzeża Namibii nad Oceanem Atlantyckim. Na północy sięga granicy z Angolą przy rzece Kunene i ciągnie się przez wybrzeże szkieletowe aż na południe po rzekę Oranje, która wyznacza granice między Namibią i Republiką Południowej Afryki. Południowa część pustyni Namib jest piaszczysta z przemieszczającymi się półksiężycowatymi, prostymi lub gwiaździstymi wydmami. Kolor piasku ma odcienie od żółtego do barwy ciemnoczerwonej. W ciągu dnia temperatura piasku może osiągnąć ponad 80 stopni Celsjusza. Najwyższe wydmy znajdują się w środkowej części pustyni koło Sossusvlei, mają one ponad 300 metrów wysokości.

Do Sossusvlei z Windhuk przejechaliśmy 373 km. Windhuk położone jest na ponad 2 000 m.n. p.m. Zrobiliśmy zakupy w SPARZE, zatankowaliśmy na ENGEN i wyruszyliśmy. Była to nasza pierwsza samotna wycieczka wypożyczoną Toyotą Hillux po Namibii. W samochodzie mieliśmy namiot rozkładany na dachu, krzesła, stół, lodówkę, talerze, sztućce, produkty spożywcze, chemiczne, walizki z ubraniami i wędki, które Tomek zakupił w Windhuk. Po 87 km dojechaliśmy do Rehoboth. Tam też musieliśmy już zatankować. Toyota Hilux z takim obciążeniem, jakie mieliśmy dużo pali. Na trasie gdzie można przyśpieszyć spalała około 15 – 16 litrów. W Namibii należy tankować w każdym przyzwoitym miejscu, a stacje benzynowe zaznaczone są na mapie. Pierwszy odcinek do Rehoboth przejechaliśmy drogą asfaltową. Jechało się zwyczajnie, czuliśmy się pewnie, oprócz tego, że krajobraz był zupełnie inny niż w Europie i po ulicy jeździło bardzo mało samochodów, to było całkiem normalnie. Droga z Reheboth prowadziła przez góry, początkowo łagodne pasma. Byliśmy zaskoczeni, gdy na drogę wyskoczyły nam dwie surykatki. Zatrzymaliśmy się, by je przepuścić, a one zamiast przebiec drogę stanęły na tylnych nogach i rozglądały się tym swoim spiczastym pyszczkiem, jakby czekały, na to co się stanie. Tomek włączył samochód i powoli ruszyliśmy. Wtedy wykorzystując cztery łapy szybko przeskoczyły i znalazły się na drugiej stronie drogi. Po chwili już ich nie było widać, ukryły się w trawach, a może tam w pobliżu miały swoje norki. Tereny w tym miejscu były dobrze zagospodarowane, ciągnęły się kilometrami i ogrodzone były drucianymi siatkami. Podobnie zaobserwowaliśmy takie tereny w RPA. Nie było tam ziemi niczyjej. Na południu wzdłuż Oceanu Atlantyckiego i Indyjskiego w RPA bardzo często widzieliśmy stada bydła pasącego się na pastwiskach. W Namibii zauważyliśmy, że nawet jeżeli ziemia jest piaszczysta, albo nawet kamienista również  była ogrodzona. Nawet niektóre części Pustyni Namib mają wewnętrzne sprywatyzowane granice. Na tej trasie spotkaliśmy krowy, owce, osły, kozy, smukłe konie i nie rzadko strusie. Następnie skręciliśmy w prawo na Klein Aub i przejechaliśmy 160 km, ale szutrem oznaczonym jako droga C 24. Z Klein Aub była bardzo wąska droga i stroma. Płynęły rzeki, ale nie było mostów, wjeżdżaliśmy do rzeki i przejeżdżaliśmy ją, nie było innego wyjścia. Mijaliśmy pasterzy mieszkających w domach zrobionych z tektury, ale i ojca z synami na wozie ciągniętym prze osła i konia. Im bliżej Naukluftberge droga była szersza, kamienista i płaska. Na skrzyżowaniu nie skręciliśmy w prawo na Soltaire tylko w lewo drogą C 14 na Maltahöhe. Nie pojechaliśmy do Solitaire, chociaż tamtą drogą też można dojechać do wydm. Książkowy przewodnik pokazywał kilka możliwości noclegów. Nie mieliśmy zarezerwowanego miejsca do spania, więc szukałam kempinguw przewodniku. W pobliżu można było nocować w Desert Camp Gateway to Sossusvlei, następnie bardziej luksusowy nocleg to Sossusvlei Lodge Gateway to the Namib. Jedyny kemping w tym rejonie, który znajdował się blisko wydm to Sesriem Campsite prowadzony przez NWR – Namib Wildlife Resorts. I tam chcieliśmy dotrzeć. Przejechaliśmy 73 km szutrem drogą C 19 do Sesriem. Tam w pobliżu było nasze miejsce noclegowe. Jednak do samego Sossusvlei mieliśmy 65 km. Ku naszemu zdziwieniu była to droga pokryta asfaltem. To nie był jednak koniec naszej wycieczki, przed nami pozostał najtrudniejszy odcinek nad samo wyschnięte jezioro, chociaż było to tylko 5 km, to by dojechać tam Tomek musiał ustawić napęd na 4×4 i low range, bo łatwo można było utkwić w piachu i nie wyjechać bez pomocy drugiego samochodu. Jest to teren zaznaczony na mapie jako jezioro, ale wtedy było ono wyschnięte.

Tego dnia po przejechaniu tej trasy przed nami było jeszcze jedno wyzwanie, chcieliśmy rozbić namiot na dachu, a dokładnie rozłożyć namiot na dachu. Sesriem Campsite było przyzwoitym kempingiem położonym wokół wydm. Nasze miejsce do zaparkowania naszej sypialni i kuchni ze stołem, krzesłami znajdowało się w pobliżu baobabów. Okazało się, że samo rozłożenie namiotu było proste. Istotne było ustawienie samochodu, by drabinka schodziła na tę stronę, którą chcieliśmy. Musieliśmy się też rozejrzeć, za położeniem słońca, które powoli chyliło się ku zachodowi. Ustawiliśmy tak samochód, by słońce rano za wcześnie nas nie obudziło, a drabinka, by prowadziła nas na wprost do toalety. Ważne było też, by odpowiednio wpiąć druty, które trzymają odległość tropiku nad sypialnią, by ochronić namiot na wypadek deszczu. W sypialni namiotu z trzech stron były okna, z jednej strony były drzwi, każde okno i drzwi były osłonięte dodatkową moskitierą zasuwaną na suwak.

Tomek, gdy rozkładał namiot, chodził boso po piasku. Postawił drabinę, w miejscu gdzie przechodził skorpion. Mało brakowało, aby stanął gołą stopą na skorpiona.

– uważaj! – krzyknęłam

Tomek słysząc mój głos odwrócił się i na szczęście w tym momencie podniósł prawą stopę do góry, a skorpion poszedł sobie swoją drogą. Nie mógł uwierzyć, że to był skorpion. Widziałam już skorpiony nad Morzem Czerwonym w Egipcie i byłam pewna tego, co widziałam. Potem przeczytał, że skorpiony na Pustyni Namib są często spotykane i poczuł się jeszcze większym szczęśliwcem.

Zanim zrobiło się ciemno. Przetarłam wilgotną szmatką środek samochodu, bo wszystko było bardzo zakurzone. Potem wspięłam się po drabince, pootwierałam okna w namiocie, by się przewietrzyło. Rozłożyłam prześcieradło, rozwinęłam śpiwory, ułożyłam poduszki i zeszłam na dół. Tomek grillował wołowinę. Wokół była cisza, o tej porze roku nie ma turystów. Byliśmy sami na pustyni, zdani na siebie. Siedziałam na materiałowym, składanym krześle. Było mi wygodnie, ale trochę tak nienaturalnie. Słońce już zaszło, a wołowina chociaż pachniała była nadal twarda. Naszło mnie na myślenie, co by było, gdybyśmy musieli zostać tu na dłużej. Zastanawiałam się, czy mamy odpowiednią ilość benzyny, czy mamy dużo wody, a ile to jest dużo wody na pustyni, też nie wiedziałam jeszcze wtedy. Poczułam strach. Z apetytem zjadam bułkę z masłem, cebulą i avocado. W pewnym momencie w tej ciszy usłyszałam szelest. Tomek złapał mnie za rękę i wskazał placem.

-Patrz, hiena !

Wpatrywałam się w czarną przestrzeń, z której wychodziły szeleszczące odgłosy i nie mogłam uwierzyć, w to co do mnie mówił.

-Nie, nie tutaj hiena nie może żyć. – Wyszeptałam, przekonując samą siebie.

W tej ciemności pojawił się błysk, nie mogło to być nic innego, niż oczy, które nas obserwowały. Zbliżały się do nas szybko, i  oddalały, i ponownie. Czułam, że jestem pod nadzorem. Zapach wołowiny rozlegał się szerokim łukiem. To była przyczyna naszego nieszczęścia. Stanęłam i wpatrywaliśmy się w te oczy oboje. Czmychnęła po prawej stronie.

-Przebiegła? – wyszeptałam.

Tak.

Ta kolacja stała mi w gardle, chociaż pachniało to mięso, to i tak ciągnęło się i było niedopieczone. Następnego dnia dowiedzieliśmy się na recepcji, że nie było powodów do strachu, przynajmniej tak uważały recepcjonistki. Bo to były tylko szakale, które często podchodzą do namiotów.

Po śniadaniu spakowaliśmy krzesła, stół, złożyliśmy namiot i pojechaliśmy do Sossusvlei wyschniętego jeziora oraz na wspinaczkę po wydmie. Podróżowaliśmy całkowicie samotnie. Samochód grzązł w piachu, ale nie utknął. Interesowały nas rośliny, których było tak niewiele i każde wywoływało we mnie zachwyt, że rośnie w takich warunkach, w piasku, czy na wysuszonym jeziorze. Jak spacerowałam to suche, połamane błoto kruszyło się pod moimi stopami. Wracając podjechaliśmy do podnóża wydmy 45. Zatrzymaliśmy się na parkingu, przez cały czas wchodzenia i schodzenia na wydmę stał tam tylko nasz jeden samochód. Wokół były góry czerwonego pisaku. Zupełnie inny rodzaj przyrody, w pobliżu rosło ogromne drzewo z głęboko zasypanymi korzeniami. Skąd czerpało wodę ? Poczułam tęsknotę za wodą, gdy wbiegłam po wydmie, która przyjęła mnie nadzwyczaj gościnnie. Cieszyłam się jak dziecko, turlałam się w gorącym piasku, który przykleił się do wilgotnej skóry. Musiało być bardzo gorąco, godzina była 12. Gdy zeszłam, czekałam na Tomka, nie mając gdzie się schronić, patrzyłam na drzewo, które miało zieloną koronę. Mocno kontrastowało z otaczającymi wydmami. Tomek, gdy zszedł wylał na mnie 5 litrów wody, a i tak czułam, że mi głowa paruje. W tych wydmach mieszkają piaskowe żmije, o czym nie wiedziałam wtedy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.