Home / Afryka / Przylądek Igielny

Przylądek Igielny

Z Cape Town wyruszyliśmy mercedesem wypożyczonym w Avisie w kierunku najdalej wysuniętego lądu w Afryce. Po europejskich autostradach samochód tej marki i klasy C jest często spotykanym pojazdem. Na trasie Cape Town – Johannesburg rzadko jeżdżą takie samochody. Co sprawiało nam wiele trudności. Do Przylądka Dobrej Nadziei prowadziła asfaltowa droga. Zatrzymaliśmy się w Simon’s Town, gdzie wokół unosił się zapach ryb, a czarni mężczyźni grali drewnianymi pałeczkami na bębnach. Na Garden Route zobaczyłam pierwsze w życiu pawiany (baboon) na wolności. Pojedyncze siedziały na rododendronach, utrzymujących ich ciężar. W stadach wyskakiwały na drogę i biegały całkiem jak wataha bezpańskich psów. Im bliżej Przylądka Dobrej Nadziei tym więcej mijaliśmy domów skleconych z blachy falistej. Wyglądało na to, że mieszkańcy tych domów, nie dokonywali wyboru, mieszkali tam, gdzie było im dane. Przy brzegu stali rybacy z długimi wędkami. Powiew atlantyckiej bryzy na tym nizinnym krajobrazie osłoniętym gęstą mgłą był tylko zapowiedzią atmosferycznych katastrof. Jest to obszar jednej z najwyższych na świecie aktywności wyładowań atmosferycznych.

Przylądek Dobrej Nadziei (ang. Cape of Good Hope, afr. Kaap die Goeie Hoop, port. Cabo da Boa Esperança)

Początkowo miejsce to nazwane zostało przez Bartolomeusa Diasa Przylądkiem Burz. Dotarł do poszarpanych brzegów Afryki w 1488 roku. Sztormy, deszcze i wysokie fale poniosły go wraz z załogą statku na wschód aż do Mossel Bay położonego dalej za Przylądkiem Igielnym w stronę Plettenberg Bay. Nazwa z Przylądek Burz na Przylądek Dobrej Nadziei została zmieniona przez króla Portugalii Jana II, ponieważ miejsce to otworzyło drogę na wschód. Też kierowaliśmy się na wschód, ale na szczęście nie drogą morską tylko lądową.

Hermanus

Dotarliśmy do miasteczka Hermanus. Przyjechaliśmy wieczorem, była mgła, zakrywająca horyzont. Poczułam się tam, jak późną jesienią w Sopocie. Udomowiłam olbrzymiego skalistego wieloryba zajmującego całe centrum miasta w wyobrażeniu gdańskiej fontanny z Neptunem. Jednak nie wiadomo co, budziło niepokój.  Słońce szybko zaszło. Na noc zatrzymaliśmy się w hoteliku Old Harbour. Było tam przytulnie, w recepcji stały gustowne meble, a w łazience wycierałam się miękkimi ręcznikami. W pobliżu słychać było głośną muzykę. Wyciągnęłam Tomka na tańce, nie było łatwo, ale się zgodził. Byliśmy wtedy jeszcze nawet nie zaręczeni i często poddawał się moim dziewczęcym pomysłom. Hermanus według danych z 2009 roku liczył 25 tys. mieszkańców. Na dyskotece byli tylko czarni. Tomek nie czuł się komfortowo, i nie długo zabawiliśmy, mnie nosiło. Wychodząc z klubu zatrzymaliśmy się przy brzegu, by popatrzeć na ocean. Było ciemno po horyzont, gwiazdy bezsilnie przebijały się przez światła neonów. Usiedliśmy na ławeczce, to stamtąd wypatrywaliśmy wielorybów. W okresie zimowo-wiosennym przypływają tu i można je obserwować z wybrzeża. Było lato 2011 roku. Zanim położyliśmy się spać, Tomek zabarykadował walizkami, nocną szafką drzwi, a okno, które wychodziło na parterowy taras przysłonił ponad metrowym kwiatem z długimi jukowatymi liśćmi. We framugi poupychał miękkie ręczniki i koce. Zaciągnął zasłony. Było bardzo ciemno. Coraz mniej czułam się, jak na wczasach w Sopocie. Ukrył też klucz do pokoju i portfel. Rano przez trzydzieści minut szukaliśmy klucza, portfel szybko znaleźliśmy. Klucz był mały i mógł być ukryty wszędzie. Zrobiło się już trochę nerwowo. Poinformowaliśmy na recepcji, że potrzebujemy jeszcze trochę czasu. Znalazł się. Był w poszewce poduszki. Jak już wydostaliśmy się z pokoju, na recepcji zatrzymaliśmy się, by opowiedzieć o naszych przygodach, dzięki temu dowiedzieliśmy się od recepcjonistki, że wieloryby były widoczne tydzień temu. Przeszliśmy się po plaży, woda miała kolor wodorostów, jeżowce fioletowe, ryby tłuste.

Pora była ruszyć do Przylądka Igielnego. Zamiast skręcić w prawo, skręciliśmy białym mercedesem w lewo. Miejsca obok jakich przejeżdżaliśmy piszczały biedą. Nawet nigdy nie były to rudery, tylko klany dachów gęsto wyłożonych obok siebie. Ciągnęły się kilka kilometrów, wydawało się nam, że się nie skończą, a mieszkańcy, którzy wyszli z tych domów, stali i patrzyli. Nie wiedzieliśmy, jak możemy się ukryć, nie chcieliśmy wjeżdżać na ten teren i niepokoić gospodarzy, ale też nie mogliśmy się już zatrzymać. Droga była szutrowa, jechaliśmy wolno, by pył nie unosił się wysoko i by nie zostawiał chmury. Chcieliśmy nie zostawiać śladów, i być niewidoczni. Byliśmy jednak obserwowani przez stojących przy ogrodzeniu mężczyzn. Czas płynął wolno, ale samochód jechał.

Przylądek Igielny (Agulhas)

Droga do Przylądka Igielnego była długa, ten samochód na pewno nie nadawał się na te drogi, ale nie zawodził. Stanęliśmy w miejscu, gdzie jest południk, który stanowi umowną granicę między ciepłym Oceanem Indyjskim i zimnym Oceanem Atlantyckim. Było gorąco. Cieszyliśmy się naszym osiągnięciem. Nad wodami i morskimi ssakami panował Neptun. Cisza i spokój, tu turyści nie przyjeżdżają, bo niby po co ?

 

Twój komentarz

  1. Wow. Można powiedzieć „ i straszna i śmieszna”. Piękne zdjęcia i cudowna przygoda w miejscu, w którym był Bartłomiej Diaz. Gratuluję Wam odwagi.

Pozostaw odpowiedź

Your email address will not be published.