Indiańskie plemię Uros na Jeziorze Titicaca

Indiańskie plemię Uros mieszka na dryfujących wyspach zrobionych w całości z trzciny totora na największym na świecie wysokogórskim jeziorze Titicaca  na wysokości 3812 m n.p.m. kiedyś budowali domy tylko z trzcin, teraz coraz częściej dachy pokryte są plastikiem. Nie mieli prądu, teraz na dachach mają kolektory. Kiedyś tylko trzcina i woda, teraz wiaderka, miski, reklamówki są plastikowe.

Z Puno motorówką dopłynęliśmy do brzegu gęsto ułożonych trzcin. Chodziłam po sprasowanych trawach, zaglądałam do domków i szukałam śladów życia. Interesowało mnie jak można przetrwać w takich warunkach, co jedzą Ci ludzie, gdzie śpią, jak pracują, w co wierzą ?

Ostatnia kobieta, która mówiła językiem Uros, zmarła w 1959 roku.

Kulturę nie stanowi tylko język. Więc plątałam się po tej wyspie, szukając dalej. Były tam dwa, a może trzy stragany, kobiety siedzące na ziemi to znaczy na trzcinach pakowały poszewki na poduszki, drewniane miski w plastikowe reklamówki.

Tak mi to nie pasowało, to tak jakby górale przyjechali na Mazury i mówili, że są góralami, bo wzięli ze sobą oscypki. Te pamiątki sprzedawane na Uros w ogóle stamtąd nie pochodziły.

Zastanawiałam się, dlaczego Ci ludzie, te kobiety, które tam rzekomo mieszkają, nie robią na przykład na drutach wełnianych swetrów? Takie kobiety widzieliśmy w Cusco. Siedziały przy swoich domach zazwyczaj na schodach. Miały wokół małą wytwórnię swojej pracy. Obok nich zrobione grube swetry rozwieszone na ścianie, a w ich dłoniach szybko obracające się druty dziergające sweter. Na Uros się to nie opłacało. Masy turystów codziennie podpływały do wysp zbudowanych na trzcinie, by stanąć tam, zrobić sobie zdjęcie, napić się piwa, bo był tam nawet sklep, gdzie sprzedawali piwo w plastikowych kubkach. Mało kto oczekiwał autentyczności. W Puno na straganach, gdzie są przeróżne czapeczki, z nausznikami, z pomponami na czubku głowy, z pomponami przy uszach, z frędzelkami, niebieskie w żółte lamy i czerwone w zielone paski, wzorki geometryczne. Kobiety na bieżąco przygotowują wełniane ubrania. Czytałam, że są takie wyspy, na których głównie mężczyźni robią na drutach. Wieczorami takie czapeczki się przydają. Nad Jeziorem Titicaca wieje silny wiatr i jest zimno.

Gdy tak się tam szwendałam po tych trzcinach, zobaczyłam, jak kobieta w niebieskim kapeluszu podpłynęła łódką do brzegu. Podeszła do niej ubrana na różowo Indianka, ta sama co pakowała w plastik miseczki. W tej zwyczajnej sytuacji zatrzymał się dla mnie czas. Nie zrozumiałam w co wierzą, nie zobaczyłam co jedzą, ale zrozumiałam, że te pieniądze zarobione na turystach trafiły do spódnicy kobiety, która miała niebieski kapelusz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.