Park Narodowy Mikumi

Znajduje się na południe od Dar Es Salaam. Graniczy z największym afrykańskim parkiem Selous. Park przecina droga szybkiego ruchu. Znaki informują o opłacie za przejechanie zwierząt żyjących w Parku.

Droga do Parku z okna samochodu

Ponad 360 kilometrów przejechałam drogą asfaltową. Cały transport w Tanzanii jest prowadzony drogami. Przeładowane ciężarówki podjeżdżały pod górę. Na poboczu małe dzieci i kobiety sprzedawały kawałki drzewa, które miały służyć kierowcom do zablokowania kół przed zsuwaniem się w dół na drodze pod górę. W miasteczkach, jakich jest dużo na tej trasie widać przedsiębiorczych ludzi. W małych straganach wystawiali swoje produkty: węgiel, drzewo na opał.  Na drzewach wisiały koszyki, kosze, torby, miski z wikliny na sprzedaż. Były drzewa z wieszakami, a na nich bluzki, chusty, kolorowe materiały. Przy drogach stały drewniane bary z suszonymi rybami zwisającymi na sznurkach jak skarpetki. Kobiety nosiły na głowach wiadra z wodą, worki ze zbożem, kosze ze stożkowo ułożonymi  bananami, worki z liśćmi i wiele innych potrzebnych rzeczy. Policjanci w białych, eleganckich mundurach często zatrzymywali nas i sprawdzali, gdzie jedziemy, czy mamy odpowiednie dokumenty. Był ze mną mąż i Dikson, nasz przewodnik i kierowca po Tanzanii. To zdecydowanie ułatwiało komunikację.

Nocleg

Spaliśmy w środku Parku w Vuma Hills. Kolacje przygotował Francis. Świeżość tych dań, smak warzyw, przyprawy w mięsie i smażone banany w sosie czekoladowym pozostały w mojej pamięci. Wieczorem słyszałam odgłosy bush baby, takiego stworzenia podobnego trochę do misia koali, a trochę do sowy:) W nocy dały się we znaki biegające po tarasie i wrzeszczące baboony. Szef hotelu powiedział, że:

Ostrzegają się nawzajem przed podchodzącym lampartem.

Zwierzęta w Parku  

W styczniu 2021 roku przyjechałam do Parku Mikumi. Była pora deszczowa, dzięki temu sawanna porosła wysoką, soczystą trawą. Impale chowały w niej swoje chude nóżki, żyrafy królowały sięgając głową do zielonych liści baobabów. Żyraf było tak dużo, przez co prawie każdy kadr miałam wypełniony z góry do dołu. Gdy podjechaliśmy w Parku w pobliżu lotniska żyrafy stały jak dźwigi a za nimi małe samoloty. Na terenie lotniska były toalety, dwa samoloty na kilka osób i mężczyzna z obsługi. Tomek zapytał:

Są w tym Parku lwy?

Nie.

A lamparty?

Czytałam w książce Serengeti nie może umrzeć , że lamparty lubiły przesiadywać na lotnisku w Sudanie Południowym.

Lampart w nocy widziany jest w tamtych okolicach.

Wskazał na domki oddalone o około kilometra od lotniska. Zwiedzaliśmy w ciągu dnia, lampartów nie spotkaliśmy. Świeciło słońce, na niebie kłębiły się chmury. Zebry wystawiały się do zrobienia zdjęć. Marabuty przyglądały się uważnie. Przez to, że na świecie nastały warunki pandemiczne, to dzięki temu w Parku było bardzo wiele zwierząt i w ogóle nie było turystów. Stado około pięćdziesięciu bawołów wędrowało po bezdrzewnej sawannie.  Zatrzymaliśmy się. One też. Kilka bawołów przyglądało się nam uważnie. Inne usiadły sobie. Ich wielkie brązowe cielska odbijały promienie jak w lustrze. Pawiany z gatunku olive siedziały na drzewie. Jeden pił wodę ze stawu. Inny stanął pomiędzy trawami i chwycił źdźbło. Spokojnym krokiem przeszła rodzina słoni.

Scena z książki “Heban”    

Ryszard Kapuściński w Parku Mikumi jadł z przyjaciółmi wigilijną kolację. Trwała ona od wieczora aż do świtu. Opisał ją w ten sposób.

Wieczór był ciepły, pogodny, bezwietrzny. Na polanie w buszu, pod odkrytym niebem, stało kilka stołów. Na stołach – smażone ryby, ryż, pomidory, lokalne piwo pombe. Paliły się świece, kaganki, lampy naftowe. […] Byli tam ministrowie rządu Tanzanii, ambasadorzy, generałowie, wodzowie klanów. Minęła północ. Nagle poczułem, jak nieprzenikniona ciemność, która zaczynała się tuż za oświetlonymi stołami, kołysze się i dudni. Trwało to krótko. Łoskot szybko narastał i oto tuż zza naszych pleców, z głębi nocy, wyłonił się słoń. […] Stoi chwilę, a potem zaczyna się przechadzać między stołami. Przy stołach martwa cisza, wszyscy siedzą znieruchomiali ze strachu, sparaliżowani. […] Widać po jego ruchach, po kołysaniu głowy, ze waha się, ciągle nie może podjąć decyzji. Trwa to i trwa w nieskończoność, całą lodowatą wieczność. W pewnym momencie chwytam jego spojrzenie. Patrzył na nas uważnie, ciężko, była w tych oczach jakaś głęboka, nieruchoma posępność. W końcu, obszedłszy kilka razy stoły i polanę, słoń zostawił nas, odszedł i roztopił się w ciemnościach. Kiedy ustało dudnienie ziemi i mrok znieruchomiał, ktoś z siedzących koło mnie Tanzańczyków spytał:

– Widziałeś ?

– Tak – odparłem, na wpół jeszcze zmartwiały. – To był słoń.

– Nie – odpowiedział.

– Duch Afryki przybiera zawsze postać słonia. Bo słonia nie może pokonać żadne zwierzę. Ani lew, ani bawół, ani wąż[1]”.

Zastanawiałam się nad słowami, które powiedział jeden z tanzańskich przyjaciół Ryszarda Kapuścińskiego na tej kolacji. Szukając odpowiedzi najpierw zadałam sobie pytanie z naszej, polskiej perspektywy: Czy nie było za dużo piwa Pombe na kolacji? Gdyby tak było, pozostałe rozważania nie miałyby sensu. Jeżdżąc do afrykańskich rezerwatów, siadając do kolacji z afrykańskimi przyjaciółmi, nauczyłam się patrzeć na świat choćby trochę z perspektywy mieszkańców tej ziemi. Zdałam sobie sprawę, że nie wystarczy zobaczyć, trzeba poczuć, by zrozumieć ducha Afryki.

 

[1] Ryszard Kapuściński, Heban, s. 340.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.