Jak turyści traktują plemiona Himba ?

Jedziemy już dwie godziny i nikogo nie spotkaliśmy.

Zobacz tam!

Podjedź bliżej, bliżej jeszcze chcę, by się odwróciła.

Otwieram okno. Do samochodu wpada ciepłe i suche powietrze. Macham do niej ręką, by podeszła. Nie mogę się powstrzymać, pstrykam.

Dziewczyna się zatrzymuje. Ma długie nogi, na jej biodrach zwisa klinowa spódnica do kolan. Talię oplatają biało-różowe sznureczki tworząc luźny pas. Na nadgarstku ma kilkanaście różnokolorowych bransoletek.

Na głowie lewą ręką trzyma płócienny worek. Spod niego opadają na oczy zielone, żółte, i czerwone, drobne koraliki. Słyszałam, że plecione z przodu włosy czy koraliki chronią dojrzewające kobiety przed zalotami mężczyzn.

Jej szyję i kości obojczyka zdobią kolorowe naszyjniki.  Niektóre są plecione w regularne, zamknięte koła. Inne tworzą wisiory. Koralowe łańcuszki dyndają zakończone muszelką. Jeden splot naszyjnika dotyka odkrytej brodawki.

W prawej dłoni ściska palec wskazujący z kciukiem.

Gdzie są drobne ?

Pod kubkiem do kawy.

Biorę kilka dolarów w palce i pokazuję jej. Drugą ręką trzymam aparat. Ona podchodzi do samochodu. Wychylam się zza okna, podeszła dosyć blisko i patrzy w obiektyw: widzę jej mięsiste usta, nos, migdałowe oczy i nieczuły wzrok. Wyciągam rękę z dolarami. Wciskam je do jej dłoni. Bierze je i bez słowa powoli oddala się.

Tomek przycisnął gaz, odwracam się, by jeszcze chwilę móc na nią popatrzeć.  Więcej niż 80km/h nie można jeździć po tym szutrze, przez zakurzone szyby niewiele widać, a kamyki uderzają o błotniki i maskę.

Zanim zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej, minęliśmy bary o radosnych nazwach: NEW LIFE ENTERTAINMENT, BAR i SUNCITY BAR.

Stacja, której potrzebowaliśmy znajduje się przy targowisku, obok sklepu, w którym można kupić wszystko i naprzeciwko bankomatu, który wypłaci namibijskie dolary. Otworzyłam drzwi samochodu, wysiadłam, i zatrzymałam się.

Nagle słyszę krzyk Tomka:

Zrób zdjęcie !
Komu ?

Część mnie była gościem, część intruzem, reszta przestraszoną kobietą, zabrakło tylko miejsca dla turystki. Nie wiedziałam, co mogę fotografować, poczułam się trochę, jak w Bazylice Sacra Couer , gdy po pstryknięciu dwóch fotek podbiegł do mnie kustosz i natychmiast kazał mi je usunąć, usunęłam i wybiegłam. W Opuwo stałam i patrzyłam.

Temu Land Cruserovi

Trwało to chwilę, zanim go zobaczyłam, ale to nie samochód chciałam fotografować.

Kobieta, ubiór, biżuteria

Rozproszona sytuacją wsiadłam do naszego samochodu, by je obserwować. Nie interesowali mnie mężczyźni, wiem, że jedni tankowali nasz samochód, inni biegali wokół z wodą i myjkami. Tomek stał w pobliżu i rozmawiał o tym – motoryzacyjnym dziele sztuki. Później żałował, że go nie kupił.

W swoim ukryciu obserwowałam kobiety, które kręciły się wokół namiotów. Były tam rozciągnięte płachty a pod nimi skrzynie z warzywami, tkaniny na krześle, pasiaste płótna na stole. Dwie kobiety stały na tle tego targowiska, wydawało się, że już zrobiły zakupy i jeszcze chciały ze sobą porozmawiać. Jedna  między nagimi piersiami trzymała woreczek z białym twarogiem. Stojąca obok niej spojrzała w kierunku naszego samochodu. Wyciągnęłam aparat, nie chciałam peszyć, nie chciałam przekraczać granic, ale zaczęłam pstrykać.

Jest mężatką, ma na czubku głowy skórzaną, dziesięciocentymetrową embrę, stojącą , jak rogi impali.  Włosy zwałkowane w glinie kończą się na ramionach wyczesanym puchem. Żelazne obroże i skórzane naszyjniki zdobią jej szyję. Olbrzymia muszla dzieli jej piersi. Pomarańczowa chusta w zielono-żółto-różowe kwiaty poskręcała się na biodrach i pasie. Kobieta trzyma ją środkiem dłoni. Zbliżam obiektyw, zdaje mi się, że zacznie tańczyć Krakowiaka.

Chciałabym poznać domy tych kobiet.

Najpierw nasz musimy znaleźć. Chyba to nie będzie łatwe.

Tamtej nocy spaliśmy w hotelu na wzgórzu miasta. Hotel zbudowany był z kamienia. Drzwi wejściowe miały ponad cztery metry wysokości, drewniane z metalowymi kratami przymocowanymi do zewnętrznej części. Po wejściu do środka wzrok przykuwały obrazy z kobietami Himba, które pozowały artyście. W holu na ścianach wisiały duże brązowe skóry. Z sufitu zwisały lampy na metalowych łańcuchach. Przy witrynach i kredensach ustawione były drabiny z naturalnych gałęzi drzewa. Na nich wisiały miniaturki lalki, dzbanki z gliny, tykwy. Podłoga była terakotowa. Na zewnątrz hotelu można było usiąść przy stoliku i zamówić drinki, białe wino podawali w metalowym wiaderku z kostkami lodu. Poniżej na tarasie rozłożone były leżaki basenowe. Można było stąd podziwiać góry i dolinę. Jeszcze lepszy widok był z basenu, którego granice kończyły powierzchnię hotelową, a za nimi rozpościerała się horyzontalna przestrzeń. Przez lornetkę można było dostrzec gliniane szałasy usytuowane w pobliżu krętej, niekończącej się drogi.

Wioska Himbów

Po śniadaniu wyjechaliśmy samochodem przewodnika, którego poznaliśmy w hotelu. Był niewysokim, krępym mężczyzną, którego matka pochodziła od ludu Herero, a ojciec od ludu Himba. Znał język angielski i język nama. Nama inaczej zwany językiem hotentockim, którą to nazwę nadali holenderscy kolonizatorzy. Pochodzi prawdopodobnie od słów wypowiadanych przez rdzenne grupy etniczne zamieszkujące południową Afrykę w trakcie rytualnych tańców. Jest to wspólny język dla ludzi z plemienia Himba i Herero. Kobiety Herero noszą olbrzymie, długie, falbaniaste, barwne suknie a na głowie chusty skręcone w kształt szerokich krowich rogów. Strój ten w czasach, gdy Namibia była Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią przejęły kobiety z ludu Herero od żon niemieckich pastorów. W sklepach w Opuwo obok półnagich kobiet Himba, zakupy robią ciepłolubne kobiety Herero.

Przewodnik zaproponował byśmy kupili dla mieszkańców wioski kilkadziesiąt litrów wody. W drodze do wioski stanęły na tylnych łapach dwie surykatki. Na miejscu wypakowaliśmy wodę z bagażnika.

 

Sam zaniosę, oni nie lubią, gdy coś im się daje. Jestem ich przyjacielem, zaniosę im wodę.

 

Staliśmy i rozglądaliśmy się. Wokół rosły niskie drzewa i krzewy, było to dobre miejsce, by zrobić siku, po wypiciu kilku piw. Pomarańczowa ziemia była sucha.

 

Gdzie mają studnię ?

Chyba daleko muszą chodzić, jeśli tyle wody przywieźliśmy.

Wodę pewnie noszą kobiety, tak jest wszędzie.

 

Wrócił i zaczął wskazywać na szałasy, które były ukryte pomiędzy krzewami.

 

Od tej wioski studnia jest oddalona o 9 km. Woda służy tylko do gotowania. Nie jest Himbom potrzebna do mycia.

Domy budują mężczyźni z gałęzi drzew i liści palmy makalani, umocnionych odchodami bydła.

Olbrzymie palmy makalani rosną w Parku Etosha. A Gdzie są te zwierzęta?

Wrócą niedługo. Do zachodu słońca pozostało jeszcze trochę czasu. Rodzina może przemieszczać się od jednego do innego domu kilka razy w roku, aby szukać pastwisk dla kóz i bydła. Mężczyzna buduje, konstrukcje dom, podczas gdy kobieta miesza glinę i tynkuje.

I w tym momencie pojawiła się pierwsza kobieta. Miałam przygotowany aparat, zaczęłam pstrykać.

Pierwsze ujęcie: Gałęzie poukładane w stos na głowie kobiety, trzymają się same bez pomocy jej rąk, jest zmęczona, wzrok jej błądzi daleko nad horyzontem. Nie zobaczyła nas, nie spodziewała się nikogo obcego. Spódnica z miękkiej skóry tworzy rodzaj fartucha.

Drugie ujęcie: Prawą ręką zakrywa policzek i lekko uchyla usta, nie ma górnej, prawej jedynki.

Trzecie ujęcie: uśmiecha się, patrzy w dal, ma zwiotczałe brodawki, małe piersi przylgnęły do żeber, metalowe bransolety są nałożone jedna na drugą nad kostkami prawej i lewej nogi.

Bransolety na nogach pokazują, jak bardzo kobieta jest płodna. Chronią też przed ukąszeniem skorpiona, są noszone tuż nad kostką, jest to miejsce, w które skorpion najłatwiej może ukłuć swoim kolcem jadowym. Prawa strona stroju reprezentuje ojca, lewa matkę.

Czwarte ujęcie: patrzy na nas kątem oka, pokazuje język.

 

Szliśmy za nią.

 

Przed nami wyszedł wódz. Niski, chudy, stary człowiek.

 

-W dzień i w nocy ogień płonie w chacie wodza plemienia dzięki temu trzymają się z dala insekty, daje to również światło i ciepło w nocy. Rodzina w wiosce Himba składa się z najstarszego mężczyzny, który jest wodzem, żon jego, innych kobiet, córek, ciotek, matek i innych mężów oraz dzieci, czasami pies pomaga przy wypasie bydła. Ilość kóz, bydła i żon stanowi o majętności mężczyzny. Ten, który ma 2-3 żony jest biedny, a ten który posiadł 7-8 żon jest bogaty.

 

Zaprosił nas, byśmy usiedli przed jego domem. On usiadł na drewnianym taborecie, założył nogę na nogę. Na stopach ma sandały, paznokcie są zgrzybiałe.

Ile masz żon ?

 Pokazuje dwie dłonie, porusza palcami jednej dłoni, potem drugiej.

10 ?

Kiwa głową, przytakuje.

Ile masz dzieci ?

Wódz otwiera spieczone usta i słychać cmokanie, mlaski, krótkie klikające dźwięki. Język porusza się blisko ust, wybrzmiewają samogłoski: -y, -u, -o, -e. Słychać spółgłoski wargowe: -p, -b i przedniojęzykowe: t.

Z pierwszą żoną siedem, drugą cztery.

Soczewki ma zmętnione jakby katarakta zapanowała nad jego wzrokiem. Nie przerywa sobie, klika, mlaska. Po chwili przewodnik wyjaśnia nam, że on nie wie, ile ma dzieci.

Co jedzą ?

Mleko, śmietanę, masło, sery, mięso dwa razy w tygodniu.

A ten szałas, w którym są jajka, co to jest ?

Spiżarnio-lodówka.

 Mają warzywa, owoce ?

Tak

 

Do podobnego szałasu, jak spiżarnia, wchodzi gromadka dzieci. Ten, który wszedł pierwszy. Woła nas byśmy tam zajrzeli. Jest ciemno, wpadł tylko jeden promień światła przez popękaną ścianę.

 

Teraz oni weszli, siedmiu chłopców w wieku od 3 do 12 lat wystawili w wąskiej szparze z gliny uśmiechnięte twarze i radosne oczy. Jeden na głowie ma wełnianą, rozprutą kolorową czapkę, pozostali nawet ci najmłodsi mają na czubku głowy warkocz.

 

Największy z chłopców staje przed szałasem, chce bym go fotografowała, ma jeden naszyjnik z koralików, fioletowo- żółtą chustę na pupie i nad chustą wystają bawełniane, błękitne majtki. Chce bym mu pokazała zdjęcie, jakie mu zrobiłam.

 

Chłopiec w wełnianej czapce ciągnie mnie, bym zobaczyła jego miejsce. Na półtora metrowym drzewie jest zawieszony płócienny namiot z suwakami z przedsionkiem. Staje przed namiotem, młodsi już podbiegają, on wspina się na drzewo, by to on był najbardziej widoczny na zdjęciu.

 

Zauważył to największy z chłopców, zwołuje ich przed swój szałas i ustawia, tak bym mogła sfotografować wszystkich. Najmłodszy ma na pupie spodenki, nie tak, jaki inni chustę wokół bioder. Na plecach i rękach ma pomarańczową bluzę, na głowie kaptur od bluzy. Na szyi i na nadgarstkach kolorowe koraliki, pod nosem sklejone gile.

 

Targowisko

Kobiety przygotowały dla nas targ z własnymi wyrobami. Siedzą na ziemi, a po ich nogach, brzuchu kręcą się raczkujące dzieci z metalowymi ozdobami wokół szyi i torsu. Jedna z kobiet nie ma embry, na znak żałoby po mężu.

 

Jaka jest ich religia ?

Oni modlą się do zmarłych.

Chyba zrobiłam dziwną minę, bo on zapytał.

 Czy widziałaś kiedyś Boga?

Nie zdążyłam odpowiedzieć.

My modlimy się do tych, których widzieliśmy.

 

Kąpiel najmłodszej żony wodza

Schylając głowę wchodzimy do sypialni najmłodszej żony wodza. Kobieta kokosi się na podłodze na wygarbowanych skórach, podnosi jedną skórę potem drugą, siada, wstaje, w końcu  jedną kładzie na drugą, nogi zgina pod siebie.

 

Siedzimy na ławce, jest ciemno jak w kameralnym kinie. W sypialni nie ma okien, światło wpada przez drzwi. Oświetla ściany.

 

Wiszą na nich dzbany na mleko, wiaderka na wodę, tykwy. Całą ścianę zajmują krótkie, skórzane spódnice z dobrze wygarbowanej koziej skóry. Spódnice są w kolorze ochry, którą kobiety się smarują, jednak o ton ciemniejsze od ich skóry.

Siedzimy w ciszy. Żona wodza przygotowuje krem z tłuszczu mleka krowiego, ekstraktu z roślin, popiołu i ceglasto-czerwonej ochry. Miesza. Gęsta papka nie chce się ukremić. W mosiądzu ugniata grudki i dodaje kilka kropli mleka. Krem wsmarowuje w sutki, bardzo dokładnie wklepuje w szyję , gładzi się po ramionach, rozprowadza maź po udach , jej skóra kipi jędrnością. Ochra na jej młodej skórze promienieje krwisto-ceglastą czerwienią. Patrzy na nas, od czasu do czasu mlaska, przewodnik odmlaskowuje jej.

Zapach ziemi, kozy i mleka miesza się w powietrzu. Czas w tym miejscu był rozciągnięty, co najmniej, jak zegary u Salvadora Dali. Nie liczył się dla nas, ani dla niej. Ona nie wie, ile ma lat, nie zna kalendarza.

Rozpala ogień. Rozgniata łodygi roślin w szerokim i głębokim moździerzu, rozgrzewa kadzidło. Dym unosi się. Bierze dymiący moździerz, podnosi wyochrowane warkocze i kadzi szyję za uszami, tam, gdzie Europejki  rozpuszczają perfumy w aerozolu.

Podnosi pupę i rozgrzany, dymiący moździerz podstawia pod, rozchyla nogi, siada na nim i kadzi krocze.

Przewodnik tłumaczy, że:

Nie tylko chodzi jej o urodę, ale i o higienę. Odkaża w ten sposób bakterie, grzyby i roztocza, w ten sposób odstrasza się insekty, które mogłyby polubić jej ciało.

Kobieta jest odprężona, uśmiecha się, skończyła ceremonię. Nakłada na siebie biżuterię, żelazne ozdoby na szyję, na nadgarstki, na kostki. Talię przewiązuje skórzanym pasem. Kawałki metalu obciążają jej spódnicę, fałdy skóry wpasowują się w uda, odkryte piersi rozdzielają naszyjniki z muszli. Strój kobiety waży około dwunastu kilogramów.

Kto przygotowuje ozdoby ?

Mężczyźni ?

Nie, kobiety.

A co robią mężczyźni ?

 

Mężczyźni w Opuwo

 

Pierwszy mężczyzna, którego zobaczyliśmy w Opuwo był ubrany w jasnozielony mundur i pilnował Banku Windhoek. Stał przed bankiem, w lewej ręce trzymał giwerę, a w prawej kanapkę.

 

Podejdę i zagadam, by mi dał broń, zrób mi zdjęcie.

Zrobiłam kilka ujęć: pierwsze: gestykulują, drugie: jedna ręka szuka w kieszeni spodni, druga ręka sprawdza w kieszeni munduru, trzecie ujęcie: przekazanie broni, czwarte ujęcie: strażnik Banku Windhoek i Tomek stoją razem, pojawia się dwóch mężczyzn zza winkla banku i patrzą z olbrzymim zdziwieniem, na Tomka, który trzyma karabin i na strażnika, który z uśmiechem na ustach zajada kanapkę.

 

Drugi mężczyzna szedł trzymając nad głową kij, na głowie miał turban z owczej skóry. Co oznacza, że miał żonę, ten turban podkreśla również status wojenny mężczyzny. Kobieta idąca z nim, niosła na głowie wysoki worek z jedzeniem.

 

Z trzecim tańczyłam.

 

Nie było głośników, a muzyka dudniła w naszych głowach i sercach. To rytm wybijany dłońmi. Klaskanie. Uderzanie jednej dłoni w drugą w rytmie przyspieszającym tempo, jak u Ravela w Bolero.

 

Na pomarańczowej namibijskiej ziemi  z jednej strony stanęli mężczyźni z drugiej kobiety. Byli to ludzie z plemienia Himba i Herero.

 

Ten, kto chciał tańczyć wchodził do środka. W centrum mogła być jedna lub dwie osoby.

 

Kobieta kręci się, delikatnie unosi ręce, dłońmi wiruje, głowę chyli ku mężczyznom. I wchodzi do rzędu swoich koleżanek, mam, sióstr, córek. Wychodzi następna, powtarza jej ruchy, uśmiecha się.

 

Panowie poruszają się według ustalonych kroków: prawa noga do przodu, z lewej wybicie i na zmianę. Potem dwa razy nacisk na prawą stopę, przechylenie się do kobiet, klaskanie w ich stronę. Kurz unosi się w powietrzu. Zapach suchego piasku wbija się w nozdrza.

 

Rytm pobudza mnie do środka. Jednak żaden z tych, którzy pokazali swój taniec nie wabi mnie. Po chwili pojawia się.

Ma czarną koszulę w kwiaty i chustę przewieszoną wokół bioder i związaną pomiędzy nogami. Od początku wykonuje energiczniejsze ruchy, niż inni i wprowadza bardziej skompilowane kroki, wzbudza entuzjazm u kobiet i doping u mężczyzn.

 

Wchodzę w to.

 

Zaczyna od prostego układu, powtarzam każdy ruch tyle, że bardziej energicznie, niż on. Zatrzymujemy się. Rytm ustaje.

 

Teraz ja pokazuję mu mój układ. Bardzo szybko odtwarza moje ruchy. Kobiety z radości mlaskają, cmokają, klikają językiem. Dławią się głosem. Mężczyźni przyśpieszają klaskanie, wystukują kijem, butem i dłońmi rytm rozpędzonego już pociągu.

 

Wchodzimy w trans. Słyszę bębny, dźwięki szeleszczących skrzypiec. Bzyczące owady wydobywają dźwięki buzuki.

 

Mam traperskie buty, które dudnią, gdy skaczę. On ma sandały, rozpryskuje piasek przy każdym zakręcie.

 

Jesteśmy spoceni, zakurzeni i nie schodzimy ze swoich miejsc. Temperatura się podwyższa, odgłosy klikania rozbrzmiewają, nachylają się nad nami i przywołują:

OPU HEPA

AJ

ANDE, ANDE, ANDE

OPU HEPA

 

Biorę głęboki oddech i wznoszę się. Warkocze spadają mi na ramiona. Wbijam się w ziemię. Otwieram oczy.

 

Nadal są wokół nas. Mlaskają, klaszczą, cmokają, klikają, klaszczą.

 

On leży zmęczony na ziemi, prawą ręką podtrzymuję głowę, lewą dłoń trzyma na czole.

 

Podeszłam i zrobiłam zdjęcie.

Od tego momentu zastanawiam się.

Czy nie popełniłam faux pas ?

 

Wyjechaliśmy z Opuwo. Zatrzymaliśmy się w Outjo w atrakcyjnym bungalowie. Tam spotkaliśmy Polaka, który był właścicielem hotelu przy pustyni Namib.

W takim miejscu spotkać swojego to bardzo radosna chwila. Podzieliłam się wrażeniami z Opuwo.

Patrzy na mnie i się śmieje.

Co Cię tak śmieszy ?

Francuzi bardzo lubią te kobiety. Są w stanie zrobić dla nich wiele. Wykupują z wyprzedzeniem u mnie noclegi.

 

Podnosi głowę i przemawia, jakby miał przed sobą tłum wielbicieli.

 

Francuzi zapraszają je do mojego hotelu.

Po chwili dodaje z grymasem:

Tyko moje prześcieradła są do wyrzucenia. Tej ochry  z prześcieradeł nie da się sprać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.